Spiritfilled Hardcore

coś więcej niż muzyka

Breaking The Silence Tour PDF Print
Wednesday, 12 May 2010 01:53

Dziennik z trasy To Leave A Trace

Prolog
Gdy patrzę wstecz na te dwa tygodnie wspaniałej zabawy i przede wszystkim niesamowitego Bożego działania to widzę nie tylko te ponad dziesięć koncertów, na których mogliśmy podzielić się tym co nam drogie lecz także wiele tygodni przygotowań do tego przedsięwzięcia. Zespół To Leave A Trace poznałem na Slocie 2009 roku. Wesoła załoga z piękną frontamanką na czele, która powala potężnym głosem na scenie i skromnością poza sceną, od razu przypadli mi do gustu. Zaczęło się od niewinnego wywiadu bym parę miesięcy później otrzymał propozycje zorganizowania trasy. Dość szybko ustaliliśmy, że wiosna będzie najlepszym terminem na trasę i padło na marzec. Zaczęło się dzwonienie po potencjalnych lokalnych organizatorach, po klubach... maile do patronów medialnych, próby znalezienia sponsorów, supportów itd. Po miesiącu spędzonym na intensywnym planowaniu, wielu godzinach telefonów i czasu spędzonym na modlitwie udało się znaleźć 12 miejsc gdzie mieliśmy zagrać. Głównymi patronami poza zaprzyjaźnionym Sprzeciwem został SLOT, Nigdy Więcej - Muzyka przeciwko rasizmowi. Jedynym sponsorem trasy zostało Zion Clothing Company. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nigdy nie robiłem choć pojedynczego koncertu a tu od razu idzie projekt całej trasy... Powoli nadszedł dzień pakowania się i dwóch godzin snu jakie mi zostały nim miałem ruszyć na dworzec.
11 marca, czwartek
Umówiliśmy się, że spotkamy się wszyscy w Radomiu. Wyruszam ze Szczecina raniutko. W południe przybywam do Wa-wy. Muszę obskoczyć dwa miejsca: Krajowe Biuro ds. Przeciwdziałania Narkomani oraz Bloody Tear Tattoo Studio. W pierwszej lokacji  pobieram pakiet ulotek a z drugiej koszulki Zion Clothing. Popołudniu już wiem, że będę miał delay. Zespół w międzyczasie jest już po Polskiej stronie. Udaje mi się w końcu z wszystkimi tobołami władować do kolejki i opuścić Wa-wę. W Radomiu przed dworcem czeka zespół oraz brat Marek, który pilotuje nas do sali kościelnej gdzie mamy nocleg. Kierowcą busa ku mojemu zaskoczeniu okazuje się być kobietą... Jeszcze wieczorem pokazuje mi zalany olejem silnik – okazuje się, że brak zakrętki do zbiornika z olejem. Rano trzeba będzie poszukać.
12 kwietnia, piątek
Obawialiśmy się chłodnej nocy ale nie było tak źle. Miejscówa nie ma prysznica więc musimy zadowolić się umywalką. Wspólne śniadanie i oczekiwanie na brata Marka, który pomaga nam w poszukiwaniach zakrętki... bezskutecznie. Odwiedzamy jeszcze sklep muzyczny gdzie niestety nie ma poszukiwanego kabla do łączenia interfejsu karty muzycznej z mikserem.
W końcu opuszczamy Radom. Stop w przydrożnym barze, gdzie Sławek skonsumował pierwsze w życiu flaki. Nasz kierowca nie ma GPS więc przejmuję obowiązki pilota i jedziemy na mapach.  Poranne opóźnienie związane z poszukiwaniem części sprawiło, że mamy obsuwkę. Trasa zatłoczona, staramy się gnać bo do Szprotawy kawał drogi. Pirackie umiejętności kierowcy wydają się być na czasie. Koło Oleśnicy zjeżdżamy na Oborniki Śląskie aby ominąć Wrocław. Z Trzebnicy wyjeżdżamy złym wyjazdem – wywiało nas na Milicz. Orientujemy, że zgubiliśmy się – odbiliśmy od trasy na co najmniej 30km – nie poprawia to nastrojów, kierowca się denerwuje. Postanawiamy nadrobić stratę jadąc przez Żmigród. Po drodze Niezgoda. W Żmigrodzie postanawiamy pojechać wiejskim skrótem na Wińsko w ten sposób mamy szansę przynajmniej zdążyć na czas rozpoczęcia imprezy – z planowanej próby dźwięku trzeba będzie zrezygnować. Znów brak informacji aby się nie zgubić pytamy o drogę. W międzyczasie zapada zmrok, jest koło 18.00 o 19.00 mieliśmy być na miejscu a mamy jeszcze do przejechania 120km. Kiedy już jedziemy skrótem zaczyna padać deszcz ze śniegiem – na liczniku wskazówka zazwyczaj koło 70km/h. Nagle wyłania się tablica ze strzałkami w prawo. Zakręt kąt prosty, na rogu budynek. Chcę powiedzieć: "zwolnij" ale widzę, że kierowca dała po hamulcach i zmieściliśmy się – nie wyrzuciło nas trasy. W tym momencie mój uśmiech zgasił huk uderzenia i wstrząs. Rozbiliśmy się. Oba samochody mają sprasowane przody. Dzięki Bogu wszyscy żyją – wygląda, że nikt nie odniósł obrażeń. W tym momencie dowiaduję się, że Oksana ma uszkodzoną wargę – mówi: "dziś nie dam rady zaśpiewać". Wszyscy w szoku. Jeszcze do końca nie przyjmuję do wiadomości tego co się stało. Oczywistym jest, że koncert mamy z głowy. Samochód nie jest w stanie nawet odpalić silnika. Trzeba czekać na przyjazd Policji. Co robić? Pełni przygnębienia  zmawiamy ze Sławkiem cichą modlitwę – tu tylko Bóg może zaradzić. Po chwili budzę się z oszołomienia i zaczynam dzwonić. Muszę być niezwykle przejęty sytuacją bo co niektórzy rozmówcy zwracają uwagę na mój głos i pytają czy wszyscy żyją. Szukamy rozwiązania. Bóg nastawia życzliwie różnych ludzi. Otrzymujemy pomoc w postaci pożyczki pieniędzy abyśmy mogli dostać się do następnego miejsca koncertu. Przewoźnicy chcą dorobić się  na naszym nieszczęściu. Wygląda na to, że starczy na dotarcie do Olesna i trzeba będzie odesłać zespół na Ukrainę. Nie godzę się na takie rozwiązanie. Póki ostatni gwóźdź nie zabił trumny będziemy walczyć. Pojawia się możliwość alternatywnego transportu od znajomych z Legnicy. Przyjeżdża Policja, ściągamy ciągnikiem samochód z drogi i dostajemy najmniejszy z możliwych mandat. Musimy zapłacić na miejscu aby nie aresztowali kierowcy i nie wstawili busa na parking policyjny. Dzięki Bogu Xylik ma coś na koncie. Policja nagrywa laweciarza, który za uczciwą cenę sprowadził wóz do Wołowa. Tam przenosimy wszystko do restauracyjki na stacji benzynowej gdzie oczekujemy na transport z Legnicy. Po godzinie zjawia się Wiesiek z busem. Między 1.00 a 2,00 w nocy jesteśmy na gospodarstwie w Miłkowicach. Nikt się nas nie spodziewał więc w naszych pokojach jest nie napalone. Dziewczyny nocują w głównym budynku gdzie panują normalne warunki. Sławek przerażony gdy zobaczył, że w naszych pomieszczeniach widać jak para wydobywa się z ust. Dostajemy jednak ciepłe pierzyny, które w połączeniu z naszymi śpiworami zapewniają nam ciepło.
13 marca, sobota
Wszystkim zdecydowanie dopisują lepsze nastroje. W końcu można wziąć pierwszy prysznic. Xylik tradycyjnie rezygnuje zadowalając się umyciem nóg i twarzy ;-) Na górze czeka już na nas śniadanie i Kevin – mały chłopczyk który w niezrozumiały dla nas sposób, mnie polubił. Gościna jakiej doświadczamy jest niesamowita. Kierowca udała się z Wieśkiem w poszukiwaniu części mu korzystając z mnogości komputerów jakie nam udostępniono szukaliśmy rozwiązania na dalszą część trasy. Xylik zamieścił film z kraksy, który zrobił Artur. Oksana udała się z Dorotą (naszą gospodarz) do apteki po specyfiki na ranę. Wracają z górą pączków. Zajęty wpisywaniem rachunków do księgi i robieniem dalszych wyliczeń nie zwróciłem uwagi na to kto je głównie pochłaniał... o tym miałem dowiedzieć się później. Już wiemy, że naprawa samochodu potrwa co najmniej tydzień. Nie możemy i nie chcemy odwoływać koncertów – szukamy nowego transportu. Po licznych rozmowach telefonicznych i pertraktacjach, wiemy, że nie możemy liczyć na przyjazd kogokolwiek z Ukrainy. Trzeba kierowcy z Polski, tylko skąd go wziąć. 
Czas odpoczynku  po wczorajszych niepowodzeniach powoli się kończy i musimy ładować sprzęt by dotrzeć na kolejny koncert. Gospodarze zapewniają samochód z przyczepką i kierowcę w postaci przyjaciela rodziny Marcina – chwała Bogu! Przynajmniej na dwa dni mamy transport i lokum, ale co dalej? Oksana proponuje kontakt z Danielem z Ox. Od czego ma się przyjaciół i rzeczywiście Dębniak poleca człowieka z Torunia. Jesteśmy już w drodze do Olesna. Nim wyjechaliśmy nie obyło się bez kłopotów – sygnalizacja przyczepki jest uszkodzona i jedziemy bez kompletnych świateł. Jako, że sprawa transportu na dalsze dni nie cierpi zwłoki, dzwonię do poleconego mi kierowcy. Sławek okazuje się być super chłopem. Umawiamy się, że w poniedziałek popołudniu zjawi się by nas wieźć do Opola. Docieramy do Domu Kultury w Olesnie, na miejscu już jest nasz support Hope Against Hope. Podczas rozładunku pada śnieg ale nie przeszkadza to by wszystko szło sprawnie. Szybko odkrywam, że noszenie basowego pieca to niezła frajda. Idą żarty, że jak kapela będzie chciała koncert a'la The Chariot to już wiedzą do kogo mają się zwrócić by rzucał piecem. Za kulisami poznajemy Lies – lokalny zespół otwierający koncert oraz zapoznaje TLAT z HAH. Czuć podekscytowanie, wszyscy cieszymy się z tego jak Sarmat organizujący koncert ogarnął temat. Do tego Krzychu z HAH poruszony naszą sytuacją wspomaga nas materialnie. Cała ekipa TLAT na scenie czuje się jak ryba w wodzie. Po rozstawieniu sprzętu okazuje się, że jeden półton z perkusji Artura jest niesprawny – tak już będzie do końca trasy. Statyw od werbla też uszkodzony ale to da się załatwić taśmą. Jest jeszcze parę mniej poważnych usterek. HAH robią próbę dźwięku, Artura boli eksploatowanie już zużytej i poobijanej wypadkiem perkusji – oby przetrwała do końca tour...
Koncert się rozpoczyna. Gdy Lies robi debiut sceniczny my udajemy się razem z HAH do garderoby na modlitwę. Wstawiamy się za publiką ale także dziękujemy za życie i opiekę wciąż mając przed oczyma wspomnienie wczorajszego wypadku. Duch Pana łamie mnie i wyciska ze mnie łzy... Po modlitwie zorientowałem się,  że w pomieszczeniu był nieznajomy. Zagadał i tak poznaliśmy Waldka z Grin Piss. Szacun brachu!
W końcu TLAT wychodzi na scenę. Choć na sali nie mało publiki to większość preferuje oglądać koncert na siedząco. Mimo to znalazła się grupa zapaleńców co tańcowała pod sceną. Profesjonalizm ukraińskiej załogi zrobił wrażenie a słowa nadziei podane łagodnie, z miłością i bez jakiejkolwiek nachalności, nie były odrzucane. Po koncercie mieliśmy miłą rozmowę z pastorem lokalnej społeczności wierzących, który okazał nieocenioną pomoc Sarmatowi. Nam przyjemnie było spotkać się ze zrozumieniem naszej specyficznej misji. Niestety nie możemy skorzystać z noclegu i jeszcze nocą wracamy z powrotem do Miłkowic, tym razem już ze sprawnymi światłami – Marcin nie próżnował w czasie koncertu. To był udany wyjazd, morale grupy wracają do normy. Na miejscu czekają na nas ogrzane już pokoje.
14 marca, niedziela
Poprzedniego dnia wróciliśmy późną nocą z koncertu więc z rana wstaję tylko ja i Sławek chcąc udać się na spotkanie wspólnoty wierzących. Nie budzimy Oksany, potrzebuje snu by wypocząć przed dzisiejszym koncertem. Vasyla i Artura słusznie nie braliśmy pod uwagę wiedząc, że to śpiochy. Okazja wspólnego uwielbiania Boga podnosi nas na duchu. Słowo było niełatwe, poświęcone zmarłemu parę dni wcześniej bratu ze wspólnoty. Przypomina nam to o kruchości życia i łasce jaką Bóg nam okazał, zachowując nasze życie. Po spotkaniu mamy czas na rozmowy i spotykamy się z Darkiem – wieloletnim przyjacielem mojej rodziny. To dzięki niemu Wiesiek się o nas dowiedział i mógł pospieszyć nam z pomocą po wypadku. Udajemy się na obiad do Darka gdzie poznajemy jego rodzinę i przyjaciół. Wykorzystuje także ten czas aby zaprzyjaźnić się bardziej ze Sławkiem. Popołudniu jesteśmy z powrotem i gotujemy się na wyjazd do Legnicy. Znów HAH są przed nami. Klub robi na nas wrażenie, jest sporo miejsca, profesjonalne światłą i kumaty akustyk. Scena wyposażona w nielichy zestaw perkusyjny więc Artur może w pełni popisać się swymi możliwościami, nie obawiając się przy tym o stan swoich garków po grze rzeźników z Zielonej Góry. Przygotowania idą sprawnie. Smutnym jest tylko to, że lokal świeci pustkami. Niezrażeni tym zbieramy się w ustronnym miejscu na modlitwie i wołamy o Boże działanie, by Chrystus miał chwałę  z tego występu, by serca były poruszone działaniem Jego Ducha. Punkt  19.00 spada śnieg – przesuwamy o godzinę rozpoczęcie koncertu. W końcu HAH z deczka przygnębieni sytuacją wchodzą na scenę, by po tradycyjnym wstępie zbombardować uszy zebranych, twardzielskim hc. Postanawiam aktywnie wziąć udział, skacząc i niezmordowanie machając grzywą – po chwili nie jestem sam. Chłopaki rozkręcili się bo mimo garstki słuchaczy zagrali dłużej niż w Oleśnie. Ledwo dobrnąłem do końca, niemal słaniając się na nogach. Kiedy idę  stanąć przy stoliku z merchem równo ze mnie paruje. Tymczasem TLAT ustawia dźwięk. Gdy Oksana robi próbę mikrofonu ludzie w klubie wstają z wrażenia. Nikt po tej dziewczynie, wyglądającej na emo-dziecko, nie spodziewał się takiej pary. Po chwili ukraińska załoga startuje z show. Wiary mało ale uważnie śledzą koncert, wynagradzając każdy kawałek obfitymi brawami. Parę osób wywija na przedzie. Oksana pierwszy raz odnosi się ze sceny do wypadku i mówi o tym jak życie jest kruche ale jest wyjście by mogło być niekończącą się pieśnią trwającą w wieczności. Jest tak dobrze, że idzie bis. Występ zrobił wrażenie na ochroniarzu klubu, który odtąd ma nowy ulubiony ukraiński zespół :-) Szybko pakujemy sprzęt i się zwijamy ale obiecujemy jeszcze kiedyś zawitać do tego miejsca. To nasza ostatnia noc w Miłkowicach.
15 marca, poniedziałek
Tym razem nigdzie z rana nie spieszymy. Dopiero po południu ma być nasz nowy transport, więc każdy się wysypia. Postanawiam zrobić moją specjalność: jajka sadzone na cebuli w curry. Szybko robię zakupy i po chwili smakowite danie skwierczy na patelni. Curry okazuje się być kurkumą ale i tak wszystkim smakowało. Jako, że zalecane jest spożywanie tego dania wraz z dużą ilością ketchupu i majonezu to szybko zdobywa ono sobie uznanie wśród Ukraińców, gdzie majonez zwykł robić za masło. Tradycyjnie południe spędzam nad księgą i rozliczeniem z poprzednim kierowcą. Zespół chilloutuje się... Nasz nowy driver przyjeżdża akurat w obiad załapując się na świetną domową zupę gulaszową. Tak miło w Miłkowicach, że chciałoby się zostać dłużej ale nie przyjechaliśmy tu na wakacje...
Pakujemy sprzęt do wydawałoby się mniejszego samochodu ale ten kierowca z niejednym zespołem jeździł co sprawia, że mamy więcej miejsca niż w poprzednim busie. Po chwili mkniemy autostradą do Opola. Droga mija lekko przy ciężkich i lekkich dźwiękach... Szybko orientuję się, że kapela preferuje w samochodzie radio... w przeciwieństwie do mnie. Docieramy sprawnie na miejsce, mając sporo czasu w zapasie. Trochę kluczyliśmy nim znaleźliśmy się z Sarmatem, wkrótce jednak byliśmy w akademickiej pizzerii gdzie miał odbyć się dzisiejszy koncert. Znosimy sprzęt, poznajemy akustyka i czekamy na nasze supporty. Chcemy wiedzieć czy Arturowi któraś z kapel pozwoli grać na swoim zestawie. Niestety wszyscy są nieugięci. Klub powoli się zaludnia i szybko orientujemy się, że nie będzie tak jak wczoraj. Dzisiejsza impreza ma charakter charytatywny – na koncercie będą zbierane pieniądze na leczenie Pawełka Bielanowicza, który jest chory na raka. Mimo, że nagłośnienie i scena prowizoryczna to widząc w akcji dźwiękowca jesteśmy pełni podziwu dla jego umiejętności przy tak skromnym sprzęcie. Impreza powoli się rozkręca. Przy stoliku pomaga nam goszcząca nas załoga Chrześcijańskiej Misji  Rampa – oni także poruszeni wypadkiem i komplikacjami z tym związanymi postanowili wesprzeć nas dając za występ więcej niż byliśmy umówieni. Nocleg mamy mieć w akademiku co nas niezwykle cieszy – TLAT nastawiają się na tusowke co po ichniemu oznacza imprezę. Tymczasem scenę zajmuje pierwsza kapelka – Moyrah – wykonują grunge. Osobiście nic dla mnie szczególnego ale zespołowi się podoba – u nich na Ukrainie tak się nie gra. Przy drugim zespole gasną światłą, na scenie pali się tylko lampa. Atmosfera stosowna do klimatu jaki serwuje Vis Vitalis – speed metal, art rock i do tego rockowo gotycki wokal – nieźle się prezentują na scenie i ogólnie dają radę.  W pierwszym rzędzie ustawili się zagorzali metale, namiętnie machając grzywami. Przy kolejnej kapeli było jeszcze mocniej. Cursed Carnival serwując techniczny death/trash wysoko ustawili poprzeczkę i rozbujali publikę. W trakcie tego występu idziemy na zewnątrz by krótko pomodlić się przed naszym występem.  Po powrocie dowiaduję się, że z powodu braku oficjalnego pisma od dyrekcji o imprezie, portiernia grozi przerwaniem imprezy o 22.00. Modlę się, mam nadzieję, że nie sam... Bóg ponownie okazuje swą wierność udaje się ściągnąć dyrektora by osobiście załagodził sprawę, wiadomo jednak, że punkt 23.00 ma być koniec koncertu. Brutalni metale okupujący scenę zbytnio nie wzięli sobie do serca, że ktoś jeszcze gra po nich, próbując nas zepchnąć przez zostawienie nam coraz mniej czasu na występ. W końcu Sarmatowi udaje się okiełzać nieokrzesaną załogę Cursed Curnival. W ekspresowym tempie się rozstawiamy. Rezygnujemy z fachowej próby dźwięku poświęcając na to tylko parę minut. Zespół rezygnuje też  z klasycznego otwarcia intro i od razu idzie na żywioł. Publika od pierwszego kawałku szaleje. Po chwili pod sceną robi się mały mosh w którym bierze udział i nowa i stara gwardia. Jest lepiej niż dobrze. Koncert niełatwy bo Oksana prawie się nie słyszy w odsłuchu mimo to niemal bezbłędnie, z charyzmą, wykonuje kolejne kawałki. Po dziś dzień kapela wspomina ten koncert najlepiej. Nawet był moment, że ktoś pływał na tłumie.. naprawdę udany występ. Cieszyliśmy się, że ludzie nie tylko dobrze się bawili ale otrzymali także słowa życia.
Po koncercie robimy szybki wypad na pobliski cpn w celu kupna prowiantu – chińskie zupki górą, no i oczywiście paprykarz szczeciński. W naszej wycieczce towarzyszy nam zakręcony człowiek, amator fotografii – Wojtek. W końcu docieramy wszyscy do akademika. Bardzo nam zależy aby zespół był ulokowany w jednym pokoju ale żaden nie ma wystarczającej ilości łóżek. Sarmat zagaduje do znajomego ochroniarza, który pożycza nam czegoś na kształt tapczanu bez nóg. Mam niezłą zabawę z kierowcą transportując to na górę. Piętra nie sposób pomylić bo każde ma inny kolor – zdaniem Oksany i Xylika zrobiono tak po to aby po piątym piwie lokatorzy wiedzieli na które piętro zamieszkują. Kiedy logujemy się do reszty ekipy w pokoju już tłoczno i gwarno. Poznajemy mieszkańców pokoju 1013: Misiurę i Żuka, którzy razem z Sarmatem tworzą sławny team kucharski Piekielna kuchnia. Ogólnie wesoły klimat, choć w pozornie wyluzowanej atmosferze toczą się też poważne rozmowy. Ta noc to nie był tylko czas zabawy ale również mocnych świadectw działania Boga. Lulu idziemy koło 2.00.
16 marca, wtorek
8.00 pobudka, słonko już dawno w górze. Zza okna pokoju z dziesiątego piętra wita mnie roztaczająca się  panorama miasta.  Całkiem znośnie nocowało mi się na podłodze. Po wczorajszym dniu czas wziąć prysznic i szybko mykać po zakupy. Razem z Sarmatem udajemy się do pobliskich sklepów. Oprócz śniadania trzeba oczywiście wciągnąć zapasy na drogę – co oznacza nic innego jak dwie solidne paki chipsów. Powrót do penthousa w progi pokoju 1013 gdzie spożywamy wypaśne śniadanie. Króluje paprykarz szczeciński, który o dziwo szczególnie zasmakował Oksanie. Mamy okazję zobaczyć jak Żuku kleci jedną ze swych sławnych potraw – nazwy nie pamiętam ale w składzie na pewno był przypalony ryż, kostka rosołowa i gorący kubek...
Robimy wypad na miasto. Sarmat oprowadza nas po co ciekawszych zakątkach Opola. Nie omieszkaliśmy też zahaczyć o sklep muzyczny. Koło 14.00 żegnamy się z Sarmatem i do busa. Czeka nas długa podróż do Poznania. Podróż mija szybko. Nawet zbyt nie pamiętam na czym nam zleciało. Pewnie sen i słuchanie muzy, a w moim przypadku jeszcze czytanie książki Head'a. Po paru godzinach mamy postój na stacji gdzie Sławek przy uważa pączki – reaktor Oksany jak postaci szczęśliwych postaci z animek. Zresztą tego nie da się opisać. Najlepiej kiedyś po koncercie poczęstujcie ją pączkiem i zobaczycie co mam na myśli.
Jakoś koło 20.00 docieramy do Poznania. Kiedy docieramy do Nibylandii – świetlicy środowiskowej, w której mamy zapewniony nocleg – już zmierzcha. Wreszcie mogę poznać Marka, o którym wcześniej tylko słyszałem od Kefasa, którego znam ze zlotu maniaków SFHC u Sokoła. Fajnie, że tamto spotkanie zaowocowało obecną współpracą. Po długiej jeździe samochodem wszyscy są wygłodniali więc robimy szturm na pobliską Biedronkę. Zespół bardzo lubi frytki  zaopatrujemy się więc w 5kg :-) Nasz kierowca Sławek zasugerował nam aby wedle toruńskiej receptury zrobić je z serem. Do tego trzeba było zakupić mięso bo żywot ukraińskiego gitarzysty marny bez tego. Nie wiem ile tego mięsa znajduje się w parówkach drobiowych ale chyba wystarczająca ilość bo byli zadowoleni. Wracamy na świetlicę, Razem ze Sławkiem kierowcą zajmujemy się pichceniem, a reszta w tym czasie bawi się albumem geograficznym przedstawiającym różne zakątki świata – każda z nazw ma być przykładową nazwą zespołu i wspólnie próbujemy określić jaki styl pod taką nazwą kapeli mógłby być grany... niezły był przy tym ubaw. Po posiłku wszyscy się cieszą że nie ma dziś koncertu bo byłby grindcore :-D Zaglądamy na moment na mieszkanie obok należące do wspólnoty Filadelfia, która prowadzi Nibylandię. Furorę wśród zespołu robi Bargeld – pies będący lokalną maskotką. Jakoś po północy powoli idziemy spać.
 
17 marca, środa
Śpimy jakoś do 9.00 aby powoli leniwie wstawać – w końcu można sobie na to pozwolić. Tym razem w kolejce do prysznica staje nawet Vasyl. Mówi że tydzień minął od ostatniego prysznica więc trzeba znów całe ciało umyć. Wbijamy na moment na górę aby zjeść śniadanie i posiedzieć z Kefasem i Markiem. Koło południa ruszamy na miasto. Po drodze wstępujemy do marketu gdzie muszę znaleźć bankomat i spróbować wybrać pieniądze. Ostatnim razem podjąłem wszystko co miałem na koncie więc liczę na  istny cud. Nawet nie wiem jakiej kwoty zażądać. Decyduję się na 150zł. Kiedy maszyna wydaje pieniądze moja radość jest wielka. Wpadam do busa z okrzykiem: Chwała Bogu! Dzwonię do brata dowiedzieć się skąd kasa – wpłaciła wspólnota o z której nikogo nie znam i nawet nie wiem gdzie się znajduje – łaska Boża. Zespół dołoży kasę z merchu i będzie nas stać na dzisiejsze opłacenie klubu. Dzwonimy jeszcze do Daniela z Ox aby podziękować nam za nagranie Sławka – wspaniały kierowca. Przy okazji proszę aby zorientował się kto organizuje w Toruniu Fun or Die Fest, mamy wolną sobotę i chcielibyśmy gdzieś zagrać. Później jedziemy na dworzec zabrać Janka, który na dwa koncerty pomoże nam przy stoliku z płytami, oraz Agness, bez której nie wiem jak bym znalazł fundusze na opłacenie plakatów. W tak poszerzonym gronie walimy na starówkę. Odwiedzanie przy takiej okazji sklepu muzycznego staje się tradycją. Kapelę rozbawił Stary Browar z wystawą filetowych królików. Najeździliśmy się też ruchomymi schodami... znalazłem też sklep gdzie mogłem zaopatrzyć się w kasetkę do kamery. Na obiad uderzyliśmy do jednego z barów mlecznych, który polecił nam Kefas. Koło 17.00 czas  zwijać się do klubu.
Dość szybko orientujemy się, że sytuacja z Legnicy może się powtórzyć. Lokal po godzinie wciąż świeci pustkami. Zjawiają się ludzie z Nigdy Więcej i robią wywiad z TLAT. Przyjeżdżają też chłopaki z HAH aby zagrać z nami ostatni raz podczas tej trasy. Kolejny raz bez zwrotów z powodu niskiej frekwencji – nawet nie wiem co powiedzieć, niemoc i zarazem wdzięczność bo przecież mogli odmówić. Zaczynamy odważnie od wspólnej modlitwy na scenie. Później wedle ustalonego planu: rzeźnicy z Zielonej Góry i Ukraina. Koncert udał się  w przypadku obu kapel. TLAT zgrali nawet na bis. Mimo sprzedanych tylko dziesięciu biletów impreza zaowocowała nowymi kontaktami. Poznaliśmy Daniela z Aurory Aurory, który byłe pełen uznania dla wokalnych możliwości Oksany oraz Kave z Zion Clothing, dla którego z kolei TLAT byli pełni uznania za świetne koszulki. HAH musieli zwinąć się kiedy jeszcze Oksana z zespołem była na scenie – znów nie udało nam się mieć wspólnej tusowki. My także w klubie nie przedłużaliśmy pobytu i po sprawnym załadunku pomknęliśmy z powrotem do Nibylandii. Czekała nas nocna impreza polegająca na pożeraniu pozostałych 2kg frytek i zapijaniu yerba mate.
18 marca, czwartek
Wczesnym rankiem wyruszamy na Gdynię. Gdzieś przed nami mkną też chłopaki z Aurory Aurory. W drodze odwiedzamy Tesco gdzie oprócz niezbędników (czyt. chipsy) zaopatrujemy się też w długaśne bagietki i dodatki – zrobimy se w trakcie postoju naszą wersję Subway'a. Na lunch zatrzymaliśmy się koło śmiesznego skansenu, gdzie oprócz zabytków PRL znalazły się też zagrody z różnymi zwierzakami. Po chwili przerwy znów grzejemy. Dostaję info od Daniela z kim gadać w sprawie Fun or Die Fest. Nikt nie odbiera tel więc piszę sms'a. Po jakimś czasie udaje się złapać organizatora i nagrać występ na sobotę. Na 18.00 docieramy pod klub w Gdyni. Niestety nikogo na miejscu nie ma. Szybko dołączają do nas chłopaki z Aurora Aurora. Niebawem przyjeżdża spóźniony ochroniarz. Lokal jawi się niedużą salą ale z ciekawym designem – na tym jednak kończą się zachwyty. Okazuje się, że gdyby chłopaki z Aurory nie wzięli mixera i mikrofonów to nie wiadomo czy sprzęt jaki dysponował klub byłby w stanie obsłużyć koncert. Dzięki Bogu udaje się wszystko podłączyć. Max z Aurory ma elegancki zestaw na którym możemy grać co cieszy zespół.  Loguje się na moment w kanciapie na sprzęt co by poczytać trochę Słowa... znów mam złe przeczucia. Sławek dogaduje się też z gitarzystą naszego supportu aby mógł podłączyć gitarę na dwa piece. Zbliża się czas rozpoczęcia a wiary tyle co kot napłakał. Fajnie, że przybyło choć te parę osób... po prostu zaczęliśmy odczuwać ciężar chmur zalegających nad nami. W tych okolicznościach odbył się sceniczny debiut Aurory Aurory. Poznaniacy powalili niecodziennym jak Polskę graniem. Noise corowy jazgot gitar pod The Chariot, sekcja math corowa jak pożyczona z Normy Jean i wszystko spięte siarczystym wokalem Daniela, któremu niedaleko do gardłowego Zao. Po tym szokującym eksperymencie można było rozkoszować się melodycznym ale wciąż drapieżnym brzmieniem TLAT. Szkoda, że oba występy nie obyły się bez technicznych zakłóceń. Przy sprzedanej ilości biletów poniżej dziesięciu sztuk, wiadomym było, że nie będą miał jak dać Aurorze zwrotów. Dzięki Bogu Daniel ich wokal założył ze swoich, mówiąc mi, że oddam przy okazji. Po koncercie zwinęliśmy się w ekspresowym tempie do kościoła zielonoświątkowego w Gdyni, gdzie nam zapewniono nocleg.
Okazało się, że mamy kimać w sali dla dzieci co nas wielce ucieszyło. Z koncertu zabrał się z nami basista Aurory Aurory więc była pierwsza tusowka z muzykiem z supportu. Większość dnia minęła w samochodzie więc niemal wszyscy szybko udali się spać. W sali kościelnej tego dnia było nocne czuwanie prowadzone przez Nigeryjczyków, skorzystałem z tej szczególnej atmosfery i spędziłem w sali obok trochę czasu zagłębiając się w Słowo i pytając Boga co dalej. Myślałem o odwołaniu koncertu w Warszawie – tam podobnie jak w Poznaniu musieliśmy zapłacić za klub i nie  mieliśmy lokalnego organizatora. Dotychczasowe doświadczenie mówiło, że będzie klapa jak Legnicy, Poznaniu a teraz Gdyni. Zagraliśmy już pięć koncertów i ponad połowa było tragicznych pod względem frekwencji. Nie wiedziałem co robić. Miałem wcześniej rozmowę z zespołem i sugerowali aby zrezygnować ze stolicy... Siedziałem tak i modliłem się. W końcu otworzyłem Biblię, padło na Izajasza, na 53 rozdział. Czytałem to proroctwo o męce Chrystusa i odczułem abym nie poprzestał na tym. Więc z rozpędu zacząłem czytać 54 i w drugim wersecie znalazłem takie słowa: „Poszerz zasięg twojego namiotu i zasłony twoich mieszkań, nie krępuj się , wydłuż twoje sznury i wbij mocno twoje paliki!”. Zinterpretowałem to tak, że wbrew wszystkiemu nie mamy się wycofywać a zrobić ten koncert w Warszawie. Wewnątrz Duch mnie przekonywał, że to jest Słowo od Pana. Po tej nucie nadziei, która nie do końca rozwiała moje wątpliwości, poszedłem spać.
 
19 marca, piątek
Znów zespół mógł pospać troszkę dłużej. Ja musiałem zamknąć drzwi za Agness i Januszem, którzy pospieszyli wcześnie rano na pociąg. Na miejscu nie było ciepłej wody więc nikt po przebudzeniu za bardzo nie garnął się do prysznica. Oksana poprzedniego dnia myła głowę co musiało być niezłym hardcorem, szczególnie, że wieczorem w pomieszczeniach, w których nocowaliśmy nie było najcieplej. Z rana oczywiście było lepiej. Do śniadania udało się wyhaczyć kawę z kościelnej kuchni co mnie wielce ucieszyło. Jakoś po 10.00 zapakowaliśmy się do busa i pojechaliśmy zwiedzać gdyńskie wybrzeże. Pogoda nie za ciepła ale znośnie, trochę wiatr hulał. Popołudniu jechaliśmy już do Chojnic. W drodze zadzwonili z Warszawy z Religia TV, że chcą  być obecni na show i zrobić wywiad. Kolejna rzecz przemawiająca za koncertem w Wa-wie.
Wkrótce przybyliśmy do na miejsce gdzie przywitał nas Szymon, odpowiadający za organizację dzisiejszej imprezy. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy był wypad do dyskontu spożywczego – tym razem padło na pyzy i pierogi. Wszystko przyrządził na kucharz ze stołówki przykościelnego ośrodka pomocy gdzie mieliśmy nocować. Koło 18.00 zaczęto zwozić sprzęt do klubu. Lokal w którym przyszło nam grać okazał się parterowym budyneczkiem z mała salką w piwnicy, przeznaczoną na koncerty. Po godzinie zaczęła schodzić się wiara i było widać, że tym razem publika dopisze. Widząc jak mało przestrzeni jest do dyspozycji ustawiliśmy tyłem do publiki ławkę aby ochronić zespół przed kotłującym się tłumem. Pomysłowość rozwiązania zwróciło uwagę lokalnych. Skomentowałem, że: „jakby się coś stało naszemu maleństwu to nie wiem jakbyśmy zareagowali” ale on nie pomyślał o Oksanie a o wypasionym zestawie perkusyjnym Szymona, na którym miał dziś grać Artur... Nasz gospodarz wykręcił dźwięk więc byliśmy gotowi, pozostało czekać na toruńską załogę Ox będą dziś naszym rozgrzewaczem. Z lekkim poślizgiem zjawili się w klubie. Uściski, powitania, oba zespoły znają się i mają duży szacun do siebie zbudowany na gruncie przyjaźni. Sprawny wyładunek, krótka próba i Ox mógł jechać z koksem ;-) Na dźwięk muzy wiara zaczęła ściągać z górnej salki do małego pomieszczenia w piwnicy. Oryginalność muzy, jaką zaprezentowała załoga Daniela, zdobyła uznanie publiki. Choć radykalne głoszenie, jakie wokalista ma zwyczaj serwować między kawałkami, niekoniecznie się podobało to przy niektórych utworach refren był gromko krzyczany – gruby koncert. Po krótkiej przerwie technicznej nasze „maleństwo” rozpoczęło koncert. Na ten występ Oksana zaprezentowała specjalną kreację, która nieźle kontrastowała z jej niesamowitym screamem. Wkrótce cała sala skakała i się kotłowała – nie wiem jak 65 osób się pomieściło w tej salce, ludzie okupowali nawet schody. Sławek z Xylikiem wykończyli jeden kawałek na kolanach. Tropikalny klimat jaki panował w tym pomieszczeniu bez wentylacji dodawał tylko atmosfery – było gorąco. Kolejny wspaniały koncert obok Opola, po ostatnich niepowodzeniach zespół potrzebował takiego dopingu.
Jako, że Daniel zaprosił nas do siebie do domu postanowiliśmy nie nocować w Chojnicach. Mimo że Szymon oraz jego tata prowadzący tam wspólnotę zielonoświątkową mieli dla nas zorganizowany nocleg, musieliśmy odmówić. Pomogliśmy tylko przetransportować nagłośnienie i perkę z powrotem do zboru i musieliśmy lecieć. Przy pożegnaniu z Szymonem zamieniliśmy się na fleki. Jego z pomarańczową podszewką na mój czarny ale większy rozmiar co akurat bardzo mu pasiło. Do Torunia nie było tak daleko. Nasz kierowca Sławek przy wtórze techno muzy równo grzał bo nie co dzień zdarza mu się postój w domu. Nie przeszkodził nam nawet objazd z powodu kolizji. Czekając na przejeździe kolejowym mieliśmy ubaw jak światłą szlabanów migały w rytm umcyku – Ukraińcom przypomniały się drumy na UpFescie a mi slotartowy Kalafior.
Zajechaliśmy na miejsce. Rozładunek wozu aby nasz kierowca mógł na dwa dni pozałatwiać  swoje sprawy. Jutro na koncert do miasta miał nas zawieźć jego znajomy. Chcieliśmy długo siedzieć ale Daniel miał na rano do roboty więc nie zabawił wiele z nami. Zjedliśmy trochę pogadaliśmy i lulu.
 
20 marca, sobota
Znów możemy spać do oporu. Budzę się pierwszy i załączam z kompa Mychildren Mybride  - Ukraińcy zszokowani porannym łomotem – Brian Hood nie próżnuje za garami, hehe. W kuchni nie znajduje kawy więc stwierdzam że jest konieczna wyprawa po zakupy. Dołącza do mnie Vasyl. Jako, że miejscowość w której mieszka Daniel leży na obrzeżach Torunia to panuje tu atmosfera iście wiejska. Znajdujemy mały sklepik gdzie kupujemy trochę nabiału – wpadłem na pomysł zrobienia tostów z serem białym, cebula i curry. Powrót na chatę i przyrządzanie śniadania, znowu posmakowała moja potrawa... Dzień nam mija nam na oglądaniu klipów w youtube i TV. Ekipa TLAT urządza dyżury na kompie. Każdy chce po zamieszczać coś na facebooku, uzupełnić blogga itd. Sprawdziłem finanse i wiem, że mamy na dojazd do Wa-wy ale brak funduszy na opłacenie klubu. Dzwonie do bliskich pytając czy przyjaciel rodziny, który jest biznesmenem nie może pomóc. Niestety nie jest to możliwe. Dostaję telefon do osoby, której nie znam abym zadzwonił i przedstawił sprawę, kto mnie poleca i co trzeba. Modlę się, wołając - „Boże jeśli to ma być to nich ten człowiek będzie na tak a jak nie to nie będzie na nie”. Udaje się – mamy jutro popołudniu pożyczyć w Warszawie pieniądze potrzebne na opłacenie klubu.
Na 17.00 mamy zamówiony transport. Do klubu w Toruniu docieramy jakoś przed 18.00. Lokal ma bardzo interesujący design. Ciekawe kanapy, stoliki, miejcówy na poduszkach,i pomysłowy bar a na sale koncertową idzie się przez fajne zakamarki. Ekspresowo rozstawiamy się na scenie i czekamy aż będzie czas rozpoczęcia imprezy, dziś nie jesteśmy główną gwiazdą a  otwierającymi festiwal. Udaję się jeszcze z Xylikiem na poszukiwanie taśmy do kamery. Po ostatnich trzech koncertach nie mam już na czym nagrywać. Spacerowanie ulicami starego miasta sprawia nam niezłą frajdę. Jednak z powodu weekendu nie udaje nam się znaleźć sklepu gdzie mógłbym kupić co trzeba, do tego gubimy się ale w końcu trafiliśmy do klubu. Rozstawiam stolik na merch w głównej hali. Dziś nie będę miał możliwości obserwować występu zespołu, muszę zająć się promocją. Na jednej z kaset znajduję parę wolnych minut na końcu i proszę Daniela aby uwiecznił fragment występu TLAT. W tym czasie zajęty jestem sprzedażą koszulek Zion, które cieszą się tu dużą popularnością. Po koncercie na stoisko trafiają też ludzie, z którymi mam okazję toczyć interesujące rozmowy. Fajnie, że zespół mógł powiedzieć parę słów o Bogu w klubie punków. Pierwotnie mieliśmy zwijać się od razu po złożeniu sprzętu ale Oksana chce zobaczyć choć kawałek występu francuzów. Po krótkim zorientowaniu się co grają – garażowy punk w stylu niemieckiego Preacher, zawijamy się. Kto zna ten wie, że wystarczy posłuchać jeden kawałek bo reszta brzmi jak klony... jakkolwiek przyjemnie jest pogować przy takiej muzie.
Spieszno nam na chatę bo Daniel dziś obiecał posiedzieć z nami na tusowce. Jako że Daniel jest smakoszem piwa, kolacyjka nie obywa się bez pilsnera. Ja jako straigh edge uprzejmie dziękuję. Daniel opowiada o wyjazdach na Oktoberfest. Zespół mówi jak życie na Ukrainie. Później  jak to na dobrych imprezach bywa, robią się różne grupki dyskusyjne. Bardzo fajny czas, myślę że jako ludzie zbliżyliśmy się do siebie. Z czasem wszyscy idą spać a ja jeszcze oglądam video z ostatniego koncertu.
21 marca, niedziela
Leżałem na łóżku ale nie zmrużyłem oka przez całą noc, miałem różne rozkminki. Zastanawiałem się co z niedzielnym koncertem. Mamy pieniądze na klub ale czy nam się ta pożyczka zwróci. Nie możemy dołożyć więcej niż sto kilkadziesiąt złotych a to oznacza, że musi być co najmniej 30 osób. Od czasu do czasu w kierowałem swe myśli do Boga. Jakoś po 6.00 gdy już zrobiło się jasno poszedłem do kuchni poczytać. Postanowiłem prosić Zbawcę o znak. Powiedziałem: „Panie, proszę potwierdź w Słowie, że to otrzymałem z księgi Izajasza jest od Ciebie”. Zamknąłem Biblię i otworzyłem ponownie, wyszło dokładnie na początek księgi Jonasza. W drugim rozdziale zacząłem czytać modlitwę Jonasza. Trzy dni prorok spędził w brzuchu ryby, modlił się i po upływie tego czasu było lepiej. Mieliśmy z zespołem trzy feralne koncerty, modlę się i będzie lepiej... Chciałem to wziąć za dobry znak ale na dwóch lub trzech świadkach opiera się zeznanie więc poprosiłem o jeszcze jedno potwierdzenie, tym razem z Nowego Testamentu. Znów otwarłem Słowo z bani i wyszło na pierwszą stronę Drugiego Listu do Koryntian, gdzie po wstępnych pozdrowieniach zaczyna się  mowa o pocieszeniu w obliczu utrapienia. Więcej mi nie było trzeba. Dziękowałem Bogu za to Słowo. Aby trwać w pewności i mieć właściwą ocenę sytuacji postanowiłem pościć. Dzisiejszy koncert miał zadecydować czy trasa pójdzie dalej czy nie.
Ranek 8.00 zjawia się nasz wspaniały kierowca Sławek. Na dworze chłodno i lekko mży. W tych warunkach ładujemy nasze graty, żegnamy się z Danielem i w drogę. Każdy odsypia nocną zabawę i wczesną pobudkę. Docieramy na umówione miejsce w 3 godziny i łapiemy się jeszcze na nabożeństwo. Po załatwiam pożyczkę i zabieram cały zespół aby przedstawić pastorowi – w końcu Ukraincy mogli spotkać rodaka. Popołudniu, mocno wygłodniali, jedziemy do mojego przyjaciela Andrzeja na  akademik. Po drodze robimy zakupu w pobliskim spożywczaku i wbijamy do kuchni. Nie ma to jak gotowanie w trakcie postu obiadu dla 6-ciu osób. Ryż, sos słodko-kwaśny, smażona kiełbasa z cebulą – wszyscy chwalą, od dziś jestem nie tylko tour manager ale także kucharz. Mieliśmy połazić trochę po mieście ale w obliczu padającego deszczu  byłem jedyną osobą która udała się na spacer. W sumie to nie miałem wyboru, wciąż nie miałem taśmy do kamery. Poszukiwania okazały się bezowocne. Sięgnąłem po ostatnią deskę ratunku i zadzwoniłem w sprawie kasetki do Kacpra  wokalisty Neverdie. Może coś z tego będzie... Na nas już przyszedł czas zawijać się do klubu.
Dojazd do lokalu nie był łatwy ale w końcu dotarliśmy. Lokalik na początku wydaje się mały ale to pozorne wrażenie. Jest przyzwoita scena i nagłośnienie. Na miejsce dociera też Ola ze Sprzeciwu, która przejmuje ode mnie obowiązki stolikowego. Początkowo niemrawa atmosfera była bo oprócz jednego kola z obsługi byliśmy sami. Po jakimś czasie zjechali się Lostenfound ze swoimi grupies i zrobiło się wesoło. Poszły pierwsze bilety. Zjawił się mistrz ceremonii oraz oświetleniowiec. Oksana bardzo zadowolona z obsługi i sprzętu. Trochę wspomniała że głos po dwóch ostatnich koncertach jej siadł ale uspokaja się jak zalecam modlitwę. Czuję presję stresu na nas wszystkich więc zapewniam zespół że nie ma się czym martwić i że będzie dobrze oni mi też zalecają się wyluzować. Pałker grający na tym koncercie u  Lostów zgadza się by Artur hulał na jego zestawie co poprawia nastroje. Znów robimy zabieg połączenie dwóch pieców co daje full wypas brzmienie. Jak zwykle małą obsuwa co by ludzi ściągnęło więcej. Suma summarum nie jest źle, poszło ponad trzydzieści biletów. Na sali jest obecna ekipa telewizyjna a Kacper dostarczył mi kasetkę. Powoli czas na start.
Po krótkim wstępie daje mikrofon Klimowi z Lostenfound i łódzka ekipa rozpoczyna skocznym rapcorem  bujać publikę. Pojawiło się trochę nowych kompozycji o bardziej rockowo piosenkowym zabarwieniu. Panowie kręcący gałkami słysząc dość lightową muzę o przesłaniu „straigh in you face” podśmiewali się ale gdy To Leave A Trace wkroczyło na scenę chłonęli show w całości. Oświetleniowiec miał coś w wyglądzie z Pana Kleksa a srebrna karnawałowa peruka tylko uwypuklała ekscentryczny klimat jaki wprowadzał – zresztą tak skakał i przeżywał występ TLAT, dając za konsoletą z siebie wszystko, że obserwowanie tego sprawiało nie lada uciechę. Przynajmniej ja z Olą miałem ubaw widząc zaangażowanie już nieco starszego pana. Od strony brzmieniowej nie mieliśmy nigdzie wcześniej tak dobrych warunków. Publika dość szybko zostało kupiona i poza paroma osobami siedzącymi reszta bawiła się pod sceną. Po występie stoisko miałem dość oblegane, więc minęło trochę czasu nim mogłem ładować sprzęt. Zespół w tym czasie rozdawał autografy a później udzielał wywiadu. Jak skończyłem załadunek to pogadałem sobie jeszcze z Dymem, gitarzystą Lostów – że ich trzy fanki (Natali, Jud i Doris) potrzebują gdzieś przekimać. Kacper u którego mieliśmy kimać powiedział, że ma wolną chatę więc miejsce się znajdzie. Pożegnaliśmy się z zadowoloną z imprezy załogą klubu i w drogę.
Kacper z Doris i Jud autobusem a my zabraliśmy Natalii. Chcieliśmy jeszcze odwiedzić Park Łazienkowski ale nocą brama okazała się być zamknięta. Pojechaliśmy więc na Pragę do Kacpra. Typowe polskie blokowisko nie zachęcało do pozostawiania auta na ulicy więc odstawiliśmy wóz na pobliski parking strzeżony i czekaliśmy na ulicy aż nadjedzie Kacper z resztą. Trochę zaczęliśmy odczuwać chłód nocy ale na szczęście szybko przybyli. W mieszkaniu okazało się, że jest sporo miejsca do leżenia: dwa łóżka piętrowe i kanapa to więcej niż zazwyczaj mieliśmy do dyspozycji. Nie wiem jak tusowka przebiegła bo tak byłem zmęczony że poszedłem spać do osobnego pomieszczenia gdzie kierowca, który zazwyczaj wcześniej się kładł aby wypocząć po całodniowej jeździe.
22 marca, poniedziałek
Raneczek. Wstaję i okazuje się, że Doris z Jude nie śpią od bodajże świtu. Korzystam z komfortu jakim jest prysznic i  piję kawę. Tak obudzony dowiaduję się gdzie w okolicy są sklepy. Dziewczyny chcą gonić na pociąg więc przed wyjściem robią wspólną fotę z TLAT. Wychodzę razem z nimi odprowadzić je na przystanek. W drodze powrotnej zaopatruję się we wszystko potrzebne do mojego specjału: jajek sadzonych oraz świeżego chleba, bułek i serków topionych, które ponoć u nas są bardzo smaczne w porównania z tymi z zza Buga. Kiedy zjawiam się w progu z wszystkimi produktami Xylik woła: mama przybyła. Dobre sobie. Trochę mamy czasu po śniadaniu pogadać z Kacprem ale niebawem musimy lecieć. Mam umówiony termin oddania pożyczonych dzień wcześniej pieniędzy. Spotkanie w lobby hotelu i pogawędka przy kawie z poważnym biznesmenem to nowość dla mnie. Ku mojemu zdziwieniu nasz dobroczyńca w pełni rozumie zasadność docierania z ewangelią do subkultur, przemawiając ich własnym językiem. Przy okazji słucham ciekawych świadectw. Tak mija pół godziny, gdy wracam Ola jest już z nami. Pakuje się do wozu i kierunek Starachowice. Niestety nie mamy czasu na zwiedzanie Warszawy.
Docieramy, przebijając się przez miasto, zauważamy, że jest położone na wzgórzu. W koło jakieś wąwozy i pagórki. Gdyby nie chęć zwiedzania Krakowa to pewnie następnego dnia połazilibyśmy po tej okolicy. Wiszę na telefonie, próbując określić Adasiowi – naszemu lokalnemu organizatorowi – gdzie jesteśmy. W końcu udaje nam się ustalić miejsce spotkania. Krótkie cześć, cześć. Miła niespodzianka, Adaś zna Olę. Ładuję się do jego auta i jedziem na wypasiony obiad. Adaś tak często do mnie dzwonił dopytując się, co chcemy zjeść, jakie napoje itd. że wiedziałem – dzisiejsza strawa jest na bank królewska.  Nasi gospodarze to starsze osoby z lokalnej wspólnoty. Obiad okazał się być tłustym treściwym gulaszem. Mnie niezmiernie cieszy prawdziwa kawa a dziewczyny jak to one zachwycają się sałatką. Posiedzilim pogadalim, czas uderzyć na miejsce koncertu.
Starachowicki Dom Kultury to położony na małym stoku budynek z salą koncertową wielkości auli w małej szkole. Zazwyczaj to miejsce chyba jest wykorzystywane na jakieś pokazy bo w rzędach ustawione są kinowe krzesełka. Wszystko oczywiście spychamy na strony, na koncertach metalo-rockowych nie ma miejsca na foteliki. Nasz kierowca robi wypad do znajomych w pobliskim miasteczku więc czyścimy nasz samochód z całego potrzebnego nam sprzętu. Na sali znajduje się pianino więc korzystam z skwapliwie z okazji aby zanurzyć się w klawiaturę i dać upust morzu emocji. Gdzieś w trakcie zjawiają się chłopaki z Wigry Five – naszego lokalnego supportu. Zaczyna się próba dźwięku. Znów planowy poślizg. Adaś się zastanawia czy w poniedziałek w ogóle ludzie przyjdą ale nie jest aż tak źle. Tłumów może nie ma, choć ze trzydzieści osób było w sumie na sali. Sporo osób starszych i zespół zaczął się zastanawiać czy nie zagrać innej setlisty. Vasyl jest nieugięty i chce aby grać tak jak zwykle Oksana i Sławek optują za zmianą choć też nie są zgodni jakie kawałki miałyby być. W tej sytuacji proponuję abyśmy poszli się pomodlić, o koncert i o sprawę programu. Po modlitwie w już spokojniejszej atmosferze wypracowujemy kompromis. Ustalamy, że jeśli Oksana zauważy zmęczenie wśród ludzi to wstawia jakiś łagodniejszy numer. Wracamy na salę, tam, załoga z Wigry Five już prezentuje przyzwoity polski rock, zagrany na poziomie. Słychać w ich muzie wpływy funki, szczególnie jeśli idzie o sekcję. Jako, że dziś stolik obsługuje Ola to kiedy na scenę wchodzi TLAT ruszam na przód. Chyba moje pierwsze hasanie do ich dźwięków na tej trasie. Oksana czuje klimat i mówi od serca więcej niż zwykle. Poszedł nawet jeden kawałek z poprzedniego projektu, gdy grali jeszcze jako Slid. Po występie starszy człowiek z żoną, który okazał się być pastorem jednego z lokalnych zborów, dziękował Oksanie, mówiąc, że bardzo piękne melodie – nasza gwiazdka wzruszyła się słysząc taką pochwałę z ust już sędziwego człowieka. Bardzo udany koncert. Zawitało na niego nawet parę osób z Radomia z wspólnoty, która gościła nas pierwszego dnia trasy. Zwijamy się aby szybko znaleźć się w budynku kościoła zielonoświątkowego, który zapewnił nam nocleg i kolację. Na ten czas naszym opiekunem został Łukasz, z którym nawiązujemy dobry kontakt. Wiedząc, że rano mamy wstać nie siedzimy do późna. Jako, że woda zimna to nie ma chętnych wieczorem na prysznic. Zespół urządza sobie małą wojnę na poduchy i aby zużyć nadmiar energii i idzie w kimano.
 
23 marca, wtorek
Wstaje pierwszy i zaliczam mycie lodowatą wodą. Coś reszta nie garnie się do wstawania więc załączam na pobudkę jakiś techniczny death metal. Nawet zbytnio nie pamiętam co ale TLAT do dziś kojarzą mnie z tych pobudek... Powoli reszta zalicza poranną toaletę, ja w tym czasie przyjmuję zamówienia na gorące kubki, zupki chińskie itd. Łukasz smaży nam jajecznicę. Szybkie śniadanie, rano zagląda jeszcze do nas Adaś. Pakownie, pożegnanie i na Kraków.
Przed południem jesteśmy w jednym z najstarszych miast Polski. Szukamy miejsca na parking, słono płacimy i ruszamy na zwiedzanie. Vasyl ma tu kuzyna, z którym mam spotkać się o popołudniu. Do tego czasu zapoznaje zespół z miastem. Okolice rynku, zabytkowe ulice i centrum handlowe przy dworcu. Koło południa nieopodal Barbakanu w przyjaznej karczmie jemy domowy obiad. W trakcie posiłku otrzymuje tel od Vasyla kuzyna Xylika. Po chwili nasze grono jest większe o kolejnego Vasyla i jego rodzinę. Znów drepczemy na miasto. Idziemy na Wawel, nabrzeże, zobaczyć rzeźbę smoka i takie tam... Zespół zachwycony, chcieliby mieszkać w Krakowie. Koło 16.00 mamy wywiad dla studenckiego radio. Nagranie jest robione w plenerze przy fontannie koło kościoła Mariackiego. Zajęty filmowaniem nie spostrzegam jak ktoś zaopiekował się naszym podwieczorkiem...  mi szkoda bułek i jogurtu ale zespół polewa z sytuacji. Powoli bliżej 18.00 więc zwijamy się do busa i jedziemy pod klub. Przed lokalem wita nas Daniel organizujący dzisiejsze show. Wąskimi schodami znosimy sprzęt do starej piwnicy, tu też wystrój fajny, może nie taki jak miał klub w Toruniu ale i też ciekawie. Scena strasznie płytka ale jakoś udaje nam się ulokować. Dojeżdża nasz lokalny support Heads of Pins. Wszystko gotujemy na występ i czekamy. Przed koncertem witam się ze Stevem Wallet. Wiara jakoś szczególnie nie dopisała, mamy tyle osób co w Starachowicach a przecież to Kraków, lokal w centrum itd... Akustyka miejsca nie najlepsza, a i pan za gałkami się nie popisał ale zespół i tak dał dobry występ. TLAT to maszyna dbająca o profesjonalizm i do każdego koncertu podchodzą zawodowo, bez względu na okoliczności, zawsze dają z siebie wszystko. Co do supportu to jakoś nie zachwycili mnie, mają potencjał szczególnie wokal i gitary ale perka jakoś tak prosto, bez kunsztu... Stylistycznie to nawet oryginalne łączenie metalcore, rock i funky. Po koncercie ładujemy sprzęt i kierowca wiezie Xylika na kwadrat do Vasyla my z Danielem robimy sobie spacerek do jego mieszkania. Po drodze zahaczamy nocny market. Fajnie tak być napompowanym adrenaliną, czuć zmęczone mięśnie i wędrować pomiędzy półkami sklepowymi... Udaje nam się skompletować jakieś sensowne produkty za przyjazną cenę.
Nie spostrzegłem, że komórka mi się wyładowała ale dzięki Bogu jak docieramy na miejsce to akurat Sławek wjeżdża na ulicę nas szukając. Nie wiedząc czy w okolicy jest jakiś parking strzeżony zostawiamy busa pod całodobowym monopolem. Udajemy się na mieszkanie Daniela. W sumie każdy łapie się na łóżko lub materac, więc cacy, tylko ja wybieram karimatę. Przed snem jeszcze udajemy się do nieogrzewanej kuchni na kolacyjkę. Chłopaki po pierwszej nocy w Miłkowicach przyzwyczajeni do spartańskich warunków ale dziewczynom zimno. Długo więc nie siedzimy i szybko idziemy spać.
24 marca, środa
Do Cieszyna blisko więc jakoś specjalnie rano się nie zrywamy. Znów wstaje pierwszy ładując się szybko pod prysznic – trzeba zmyć pot po wczorajszym moshowaniu. Woda cieplutka tylko bajoro w łazience choć to lepsze niż lodowy klimat poprzedniego miejsca. Kierowca Sławek też szybko wstał więc razem robimy wypad do sklepów po pieczywo i parówki – po powrocie nagotowaliśmy ich tak dużo, że nie daliśmy radę wszystkiego zjeść. Tak obżarci załadowaliśmy się w samochód i w drogę. Jeszcze przed opuszczeniem Krakowa jedziemy zabrać Xylika od kuzyna.
Przejazd do Cieszyna poza lokalnym korkiem, minął nam bez niespodzianek. W drodze dzwoniłem do Dragona, więc jedziemy najpierw do niego. Ugościł nas pączkami, pokazał maszynę do robienia druku na kubkach i sito do koszulek Spiritfille Hardcore. Trochę pogadaliśmy z Arturem i resztą domowników. Przed odjazdem sprezentował każdemu z zespołowi kubek z logiem TLAT. Wybieramy się na czeską stronę odnaleźć Jumpera, organizatora dzisiejszego koncertu. Dostaliśmy namiary na klub Motorhouse, który niebawem odnajdujemy. Na miejscu Jumper wita nas Kofolą – rodzaj czeskiej coli. Chwile siedzimy w barze, korzystam z rozwalającego się pianina by trochę poszpanować... Później udajemy się na obiad. Nasz gospodarz nie je mięsa więc dziś danie wege. Pierwszy raz jem proso – fajna sprawa. Nie zostało nam wiele czasu więc spieszymy do klubu studenckiego gdzie ma być show. Jumper kołuje jeszcze sprzęt do nagłośnienia. Na zewnątrz Dragon stoi z towarzychem więc idę pogadać.
Choć impreza zaczyna się dość wcześnie to mamy czas. Pierw ma lecieć film o domu młodzieży w Kopenhadze i zamieszkach wynikłych z wyrugowani jego mieszkańców przez policję z polecenia prawowitych właścicieli terenu. Ostatecznie dom młodzieży zburzono – ciekawy film. Projekcja jest supportowana przez organizacje „Nigdy Więcej”, którzy są jednym naszych patronów medialnych. Kiedy wykładamy merch na stoisko organizacji, nieufność wzbudzają egzemplarze Ewangelii Jana. Punkowe dziewczyny z Nigdny Więcej pytają czy ktoś może wytłumaczyć o co z tym chodzi. Na co mówię, że to główna inspiracja zespołu. I, że nie tylko ta lecz wszystkie ewangelie. Stwierdzają na to że katolicki zespół. Więc prostuję, że zespół nie propaguje żadnej określonej organizacji kościelnej a swoje osobiste przekonania.
Nie ma wody dla kapeli więc wybieram się z Olą na poszukiwanie sklepu – udaje nam się na sąsiedniej dzielnicy znaleźć jeszcze czynny sklep. W parę minut jakie zostały do zamknięcia robimy zakupy i wracamy do klubu. Mimo skromnych warunków – niemal brak oświetlenia, minimalne nagłośnienie – TLAT dają pełen energii występ. Mamy pełen komplet publiki – myślę, że co najmniej tyle co było w Opolu. Ostatnie show więc nie oszczędzałem się tańcując równo. Nawet się trochę poszarpałem z co żywszymi kolesiami ale w przerwie między kawałkami dzielenie się Kofolą i słuchanie tego co Oksana przekazywała ostudziło temperamenty. Po koncercie gdy pakuje z chłopakami sprzęt, Oksana jeszcze długo jest oblegana przez te same punkówy co miały wątpliwości przed koncertem. Mamy jeszcze chwilę czasu by zjeść pizzę jaką zapewniono dla zespołu. Ekipa korzysta też z darmowych talonów na piwo. Na sen w trakcie nocnej podróży do Wa-wy dobrze zrobi im browar czy dwa. Sam poprzestaje na energy drinku. W trakcie podróży mam trochę rozkminy: po ostatnim świetnym koncercie od strony finansowej nie stoimy najlepiej. Merch prawie nie poszedł, a i za koncert wyszło mniej niż się spodziewaliśmy. Pewnie dlatego, że Cieszyn to takie miejsce, w którym, jakby, zatrzymał się czas. Tam jest jak na początku lat 90-tych, sporo punków, corowców i innych alternatywnych ludków. Większość traktuje koncert jako okazję do wypicia bądź wrzucenia czegoś więc aby była publika wejściówki zrobiono po symbolicznej opłacie. Koniec końców, brak szmalu na wysłanie zespołu z powrotem do Ukrainy i co z tym fantem zrobić ? Tak rozmyślałem gdy zbliżaliśmy się coraz bardziej do Wa-wy.
25 marca, czwartek
Bardzo rano, coś między 5.00 a 6.00. Jesteśmy przed moją uczelnią – Warszawskim Seminarium Teologicznym, gdzie zespół ma przenocować. Naszemu kierowcy tak się spieszy do domu, że przyjechał o godzinę wcześniej. Muszę zbudzić gospodarza budynku aby otworzył bramę, co nie nastawia go od wejścia przychylnie. Sam też pewnie bym się nie cieszył jakby mnie wyrwano niezapowiedzianie z łóżka o tej porze. Ekspresowy rozładunek i rozliczenie z kierowcą. Składamy sprzęt w bezpiecznym miejscu, bierzemy torby z naszym dobytkiem i wio do pokoi. Tutaj mamy luksusowe warunki. Piętrowe łóżka (to chyba charakterystyczne dla Wa-wy) i łazienki z obszerną umywalką i kabiną prysznicową. Jest miodzio. Śpimy do południa.
Jemy lunch. Koleżanka z uczelni, użycza nam kawki. Już bardziej rozbudzeni, postanawiamy wybrać się na miasto. Myślę intensywnie skąd wykołować kasę na powrót kapeli. Brat, który nas poratował ostatnio nie jest w stanie pomóc tym razem. Kiedy oprowadzam zespół po starówce dzwonie rozpaczliwie poszukując wyjścia z sytuacji. Moje kontakty nie dysponują możliwością pożyczenia od ręki kilkuset złotych. Dostaję parę telefonów do osób, których nie znam. Znów przypomina mi się sytuacja z Torunia. Siadam na ławce i modlę się. Dzwonię Ostatnia osoba słucha o naszej sytuacji i postanawia wesprzeć nas pożyczką. Yeah! I któż może jak my nie możemy ? Czyż Bóg nie jest wspaniały ?! W lepszym nastroju kontynuujemy dalsze zwiedzanie. Zmów nachodzimy Andrzeja w akademiku aby zrobić sobie jedzenie. Tym razem parówki w sosie pomidorowym z pieczarkami. Spotykamy paru domowników akademika, niektórzy dzięki Andrzejowi kojarzą zespół. Koło 19.00 idziemy na spotkanie do wspólnoty, gdzie mamy spotkać się z życzliwą nam osobą. Uzyskujemy potrzebne pieniądze. W podzięce zostawiamy płytę z autografami.
Wieczorem znów chciałem zabrać kapelę do Parku Łazienkowskiego ale mój marsz wykończa ich fizycznie i zmachani człapiemy na przystanek.  Wszyscy jesteśmy zmęczeni ale nie idziemy od razu spać. Do późna siedzimy, gadamy, słuchamy muzy, czasem co niektórzy z nas przysypiają... w końcu Oksana idzie do siebie i my także w kimę uderzamy.
 
26 marca, piątek
Wstaję wczesnym rankiem i pomagam spakować się zespołowi. Nim przyjeżdża kierowca nagrywamy krótki wywiad będący wspomnieniami z trasy. Herbatka i wsio. Trzeba zwijać manatki. Na dole jest już Larysa, kierowca co nas rozbiła. Doprawdy TLAT woleliby jechać z kim innym ale to jest najtańsza opcja. W naszej sytuacji nie można przebierać. Ładujemy towar na naprawiony wóz. Żegnam się z kapelą, która ma jeszcze dziś spotkanie na terenie Wa-wy z ludźmi od WOŚP ale to już inne plany. Czas nam się rozstać oby nie na długo.
Epilog
Dla To Leave A Trace ta trasa była kompletnie czymś nowym. Nigdy wcześniej nie grali tylu koncertów dzień w dzień, nie zwiedzili w tak krótkim czasie tylu różnych miast i jako zespół nie doświadczyli tylu różnych przeciwności. Bogaci o nowe doświadczenie z nadzieją spoglądają w przyszłość, którą Bóg roztacza przed nimi. Wierzą, że niebawem znów ruszą w trasę ze swym przesłaniem o miłości z nieba. 
Last Updated ( Thursday, 27 May 2010 11:58 )