Spiritfilled Hardcore

coś więcej niż muzyka

Tribe of Judah (Ben Priest) PDF Print
Thursday, 04 February 2010 22:42

Nie ma czasu, na umieranie!

Ben Priest (dosł. Priest znaczy Kaznodzieja) załadował strzykawę heroiną. Wbijając, wyuczonym przez latami praktyki ruchem, igłę w żyłę, poczuł znajome ożywienie, rozchodzące się po całym ciele. Ile już razy wykonywał te same ruchy? Bez wątpienia z tysiąc. Ben wiedział jednak, że ten będzie całkiem inny. 11 mają 1980, był dniem, w którym miał umrzeć.

Ben nie chciał ryzykować. Zmieszał kokainę z heroiną, ale dla pewności dodał jeszcze metamfę i siedział, czekając na śmierć. Właściwie nie była ona do końca tym, czego chciał. Pragnął po prostu uciec od bólu, który sprawiało mu życie. Pragnął tego odkąd ojciec odszedł z jego życia, kiedy miał 7 lat. Zaczął pić w wieku 11 lat, potem, kiedy miał 13 przerzucił się na dragi. Z czasem dragi przestały zapewniać mu satysfakcję, więc Ben dołączył się do gangu motocyklistów. Miał nadzieje, że to da mu poczucie bezpieczeństwa, że ta grupa stanie się dla niego namiastką rodziny. Tak się nie stało. Zamiast tego pustka w jego sercu prowadziła go do jeszcze intensywniejszego ćpania, przemocy, a w końcu do obskurnego więzienia w Luisianie.

Z więzienia został uwolniony na podstawie luki prawnej. Nie został jednak uwolniony z bólu. Kiedy siedział i rozmyślał o swojej ponurej przeszłości przypomniał mu się jego młodszy brat, który trzy lata wcześniej został Jesus Freakiem. Był pastorem w Luisianie. „Jakie to dziwne” – pomyślał Ben. Spojrzał za okno, na niebo. Powinien być już martwy. Zamiast tego siedział teraz całkiem przytomny. I żywy. Ben właściwie nigdy nie był dobry w umieraniu. Kiedyś ktoś podpalił dom, w którym ćpał. Był zbyt bardzo otępiony, żeby szukać drogi ucieczki. Gdyby jego dziadek nie przybył i nie wytargał go z budynku spaliłby się żywcem. Wszystkie jego ciuchy, nie licząc kawałka kołnierza i rękawa koszuli, spłonęły. Ale w dziwny sposób ciało Bena nie zostało poparzone. Później przyszedł czas, w którym handel narkotykami przestał się układać. Ben był ścigany i potrącił go samochód. Wiele razy mierzono też do niego z pistoletu. Łatwo zauważyć, że śmierć nie mogła schwytać Bena.

Z tych wspomnień wyrwał go telefon. Odebrał i usłyszał kobietę o imieniu Gloria, przyjaciółkę jego brata. Powiedziała, że musi koniecznie iść rano do kościoła. „Do kościoła?” Sto razy bardziej chętniej Ben poszedłby do piekła. -„Słuchaj, nie wiem do którego kościoła”, Gloria zasugerowała mu Lakewood. Powiedziała, że pastor nazywa się Osteen. Ben odłożył słuchawkę i rozmyślał o rozmowie. Narkotyki zaczęły działać, czuł się stosunkowo dobrze, więc dlaczego by nie? Nie miał nic do stracenia. I jakoś dotarł do kościoła. Były tam tylko miejsca stojące. -”Może chcesz usiąść, bracie?” - spytał człowiek stojący przy wejściu. - „Nie nazywaj mnie bratem!” - zirytował się Ben. Mężczyzna wskazał mu miejsce z przodu. Ben słuchał nauczania. „Daj Jezusowi szansę, aby zmienił twoje życie” - modlił się pastor Osteen. Nawet Jezus nie może mi już pomóc. To wszystko poszło za daleko. Ben wrócił z kościoła i spędził popołudnie ładując w siebie dragi. Jednak jego ciało ciągle nie chciało umrzeć. Wieczorem Ben wrócił do kościoła. - „Może usiądziesz, bracie?” - zapytał ten sam mężczyzna. -”Mówiłem ci już, żebyś nie nazywał mnie bratem!”. Ben usiadł i słuchał kazania świadomy, że jest już dla niego za późno.

Wyszedł z kościoła i stanął na zakręcie. Czuł, jak dragi zaczynają działać. Czuł niewątpliwą obecność śmierci. To jest to, pomyślał. Upadł na kolana i zrobił coś, czego nigdy by się nie spodziewał. Modlił się: „ Jezu, nie wiem, czy jesteś na prawdę taki, jak mówią ludzie. Ale jeśli jesteś oddaje Ci moje życie”. Natychmiast pojawił się obok niego człowiek. Ben bał się spojrzeć w jego twarz – wiedział, że tym człowiekiem był Jezus. „Widziałem, jak jego ręka sięgnęła w głąb mojej klatki piersiowej i poczułem, jak coś się porusza. Wtedy poczułem się po prostu czysty. Pamiętam jak wiele razy starałem się zmyć moją winę. A teraz zniknęła w jednej chwili. Potem dotknął mojej głowy a jego ręka zanurzyła się w moim umyśle. Poczułem się jak po przebudzeniu ze złego snu. Cały chaos zniknął, moje myśli zostały oczyszczone. Pierwszy raz od lat poczułem spokój.” Nagle moc eksplodowała w ciele Bena. Myślał, że umiera. Otworzył usta, żeby złapać oddech i wypowiedzieć swoje ostatnie słowa. Ku jego zaskoczeniu to, co wyszło z jego ust był język, którego nigdy wcześniej nie słyszał. To było wspaniałe! „Za każdym razem, kiedy brałem oddech czułem jakby w moich żyłach przepływały wyładowania elektryczne”

Ben nie umarł, zamiast tego zdobywał pełnie życia. „Byłem szczęśliwy, ale niezbyt świadomy tego, co się dzieje. Poszedłem do pobliskiego sklepu i spróbowałem zapytać kobietę za ladą czy może wie, co się ze mną dzieje. Ale kiedy przemówiłem, ten sam dziwny język wypłynął z moich ust a kobieta upadła na podłogę. Ben spojrzał na nią zaskoczony, nie miał pojęcia, co się stało. Nie zdawał sobie sprawy, że jego spotkanie z Jezusem sprawiło, że aż promieniował Bożą mocą. Wystraszony, że przechodnie mogliby pomyśleć, że zaatakował kobitę Ben uciekł ze sklepu i udał się do swojego kumpla dealera. U niego także nie uzyskał pomocy. Tak jak kobieta w sklepie, kolega Bena tylko popatrzył na niego i upadł na podłogę.

Oszołomiony Ben wybiegł stamtąd, postanowił pobiec do swojej matki z nadzieją, że może ona będzie w stanie wytłumaczyć mu te niecodzienne zdarzenia – w sumie sama zachowywała się ostatnio jakoś dziwnie. Ben zauważył nawet parę razy przez okno, że chodziła koło jego domu z Biblią w ręce. Wskazywała na jego mieszkanie i ogłaszała „Szatanie, nie dostaniesz mojego syna!” Kiedy mama Bena otworzyła drzwi, on cały czas mówił w dziwnym języku. Nie wypowiedział słowa po angielsku od dwóch godzin. Wyciągnął rękę w jej stronę, a ona upadła na podłogę. „Chłopie, co zrobiłeś”? - krzyknął ojczym Bena - „Przesadziłeś z dragami i pobiłeś własną matkę”? Ruszył w stronę Bena, ale pięć metrów od niego upadł na podłogę. I wtedy zadzwonił telefon. Ben odebrał, wciąż mówiąc dziwnym językiem. Usłyszał głos swojego brata - „Ben, właśnie spotkałeś Pana!”

A WIĘC TAK TO WYGLĄDA!

„Mój partner w dealowaniu pokazał się u mnie między 2 a 3 w nocy” przypomina sobie Ben „Od momentu, kiedy przeszedł przez próg wiedziałem, że nie jest już moim bratem. Przyniósł trochę prochów, ale powiedziałem mu, że zostałem zbawiony i już tego nie potrzebuję. Wyrzuciłem stolik, na którym leżały dragi przez okno.” Od tej chwili Ben odwrócił się od wszystkiego, co robił przed poznaniem Boga. „Porzuciłem wszystko, kiedy poznałem Jezusa. Straciłem kumpli, wszystko co miałem”. Ale stracił też coś innego – życie pełne bólu i samotności. Zamiast tego znalazł Kogoś, kogo miłość przerastała wszelkie wyobrażenie. Co zadziwiające odkrył też, że ta miłość była z nim cały czas.

„Pamiętam, kiedy pewnego razu wybrałem się, aby odwiedzić moich dziadków, babcia otworzyła szafkę i wyjęła z niej mały woreczek. W środku były resztki materiału. Położyła je na stole i wtedy zdałem sobie sprawę, że są to kawałki koszulki , którą miałem na sobie w nocy pożaru.” „Kochanie, Wszechmocny Bóg wkroczył w twoje życie, aby cie uratować. Ma dla ciebie misję do wypełnienia.” Powiedziała babcia i wyciągnęła postrzępiony kalendarz. Dziadek zaznaczał w nim dni i noce, w których Bóg mówił, że mają się modlić o Bena. Daty opowiadały jego historię. Każda ucieczka śmierci była poprzedzona modlitwą. Ben starał się pojąć Bożą miłość. Miłość, która prowadziła go dzień po dniu. Miłość, która nie ustanie. „Wydawało mi się to dziwne, miłość jak dotąd nie byłą kodeksem, którym się kierowałem, ale chciałem się zmienić. Około dwóch tygodni po moim nawróceniu Kenneth Coppeland pojawił się w kościele Lakewood aby wygłosić nauczanie. Tematem było chodzenie w miłości. To nauczanie położyło fundamenty w moim życiu.” Ben był tak zachwycony miłością Bożą, że opowiadał o niej każdemu, kogo spotkał. Założył zeszyt, w którym zapisywał imiona wszystkich osób, które przyjęły Jezusa Chrystusa jako swojego pana. Po czterech miesiącach było tam tysiąc imion.

Pomimo tego wszystkiego Ben ciągle czuł, że nie jest na swoim miejscu. Zapisał się do szkoły Biblijnej, którą zaliczył, nie mógł jednak znaleźć swojego miejsca w ciele Chrystusa. Nie wiedział dokładnie co Bóg chce, aby robił. Około roku po nawróceniu Ben poznał odpowiedź na swoje pytania. „Pewna kobieta powiedziała mi, że Bóg przemówił do niej w śnie, aby podarowała mi motocykl. To był klasyczny pomarańczowo- czarny Harley Davidson, model z 1950r., z silnikiem Panhead. Wylałem na niego kanister paliwa, namaściłem go dla Boga. Miał zostać maszyną w wojnie Bożej armii. Po długim poszukiwaniu bezpieczeństwa stałem się częścią rodziny braci i sióstr w Chrystusie. Biblia nazywa to Plemieniem Judy.”

Minęło już ponad dwadzieścia sześć lat od momentu, kiedy Ben założył Tribe of Judah Motorcycle Ministries. Od dwudziestu sześciu lat głoszą ewangelię na rajdach i obozach motocyklowych. Śmiejąc się, Ben wspomina wydarzenie, kiedy pewien narwany typ zażądał, aby lepiej pozostawił ewangelię o Jezusie w kościele i poparł swoje żądanie celując z pistoletu w twarz Bena. Próbował nawet pociągnąć za spust, ale nie potrafił. Ben przyznaje, że był trochę rozczarowany. W końcu być nieobecnym w ciele oznacza być obecnym w Panu. Myśl o byciu w niebie przyprawiła serce Bena o drżenie. Radość na jego twarzy spowodowała, że niedoszły zabójca upadł na kolana i narodził się na nowo.

Wydaje się, że w niebie będą musieli jeszcze poczekać na Bena Kaznodzieję, bo on ostatnio nie ma czasu na umieranie. Razem z Jezusem mają tutaj jeszcze wiele do zrobienia.